Perfekcjonizm po mojemu

Perfekcjonizm po mojemu

o słowach, pomyłkach i próbach walki z doskonałością

Podobno wszyscy już wiemy, że perfekcjonizm nie jest najlepszym wyborem, jakiego możemy w życiu dokonać.

Zdecydowana większość z nas doskonale zna irytację związaną z ciągłymi brakami, z przeciwnościami losu oddalającymi nas od upragnionego celu, ze zbyt długim czasem pracy nad projektem i zbyt krótkimi deadline’ami, przez co doskonałość macha do nas ręką z odległej linii horyzontu. Wiemy, że chcąc być idealni, będziemy jedynie idealnie zestresowani całym światem.

Podobno wiemy, że nie o to chodzi, a nadal pozwalamy sobie na trzymanie się kurczowo tej opcji.

Tak jest łatwiej.

Ja i perfekcjonizm.

Długo unikałam nazywania siebie perfekcjonistką, bo przecież nie układam na biurku ołówków od największego do najmniejszego (oczywiście równolegle względem siebie) ani nie wieszam koszul w szafie zgodnie z kodem kolorystycznym (białe – błękitne – szare – czarne), ani nie ustawiam kaktusa dokładnie w 1/3 parapetu (43 centymetry i 33 milimetry od ściany).

Nie odczuwam palącej potrzeby, by wyrównywać pościel na łóżku za każdym razem, gdy kot po niej przespaceruje, zostawiając okrągłe zagłębienie w miejscu, gdzie spał przez ostatnie kilka godzin. Nie zależy mi na przedmiotach leżących prostopadle do siebie na moich zdjęciach w kompozycji centralnej publikowanych na instagramie.

Nie robię tych wszystkich „typowych” rzeczy, a jednak mojemu życiu towarzyszy nieustanne dążenie do doskonałości.


W perfekcjonizmie wcale nie musi chodzić o wygląd, bo to zwyczajne poczucie estetyki sprawia, że wolimy zadbać o pewne szczegóły. Nie musi chodzić kompozycję centralną na zdjęciach, dokumenty i notatki leżące równolegle względem siebie i prostopadle względem krawędzi biurka, torebkę pasująca do butów, koszulę bez żadnych zagnieceń, punktualność co do minuty. To tylko dobrze się prezentuje w social media.

Rzeczywistość jest jednak inna.

To nasze głębokie przekonanie, że musimy spełnić każde wygórowane wymaganie, postawione sobie jakiś czas temu; nieustanne podnoszenie poprzeczki wyżej i wyżej, by być o krok bliżej idei doskonałości. Rozczarowanie pojawiające się, gdy nie piszemy w jakości ultra HD, nie nosimy rozmiaru 34, nie bierzemy 100 kg na klatę, zapominamy o jednej linijce napisanego przemówienia, mylimy model matematyczny potrzebny do przeprowadzenia badania statystycznego.

Rzeczywistość ma wiele barw i odcieni i jak zapewne się domyślasz, jest w pełni zależna od człowieka, którego zapytamy o jego doświadczenie z perfekcjonizmem. Dziś opowiem Ci trochę o swoim.

Poprawność językowa.

Na samym początku edukacji szkolnej miałam dość spory problem z ortografią. Za Chiny Ludowe nie potrafiłam zapamiętać jakichś głupich regułek dotyczących poprawnej pisowni, a z pierwszego w życiu dyktanda otrzymałam dwóję.

Sytuacja poprawiła się znacząco, gdy zaczęłam nałogowo czytać książki. Każdą wolną chwilę poświęcałam na czytanie jakiejś powieści. To, w połączeniu z rosnącym zamiłowaniem do pisania, sprawiło, że najpierw dyktanda przestały być dla mnie najmniejszym problemem, następnie zaczęłam rozumieć większość zasad rządzących językiem polskim, a teraz siostra nazywa mnie language gestapo. To ponoć o poziom wyżej, niż popularne ortonazi.

Lubię przecinki (lub ich brak) we właściwych miejscach, prawidłową deklinację i koniugację, różne gramatyczne zawiłości i właściwe wykorzystanie słowa „bynajmniej”. Nie lubię spacji przed znakami interpunkcyjnymi, wciskania na siłę „bądź” w środek zwrotu „w każdym razie” i mówienia „dwutysięczny siedemnasty”. Lubię, gdy ktoś widzi różnicę między „łatwe” a „proste”, „trudne” a „skomplikowane” i „tolerancja” a „akceptacja”.

Dostrzegam błędy w ulotkach, banerach reklamowych, książkach, podręcznikach czy nawet w opisie wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie. Potrafię wyłapać brakujący przecinek w tekście, który przeszedł już podwójną korektę przez specjalistów. Trochę mnie to bawi, a trochę też irytuje.

Jest też druga strona medalu, za którą nie przepadam.

Nie opublikuję żadnego tekstu, który nie spełnia moich językowych standardów. Wiem, na ile mnie stać i na jakim poziomie potrafię posługiwać się polszczyzną, dlatego milion razy sprawdzam, czy dany akapit jest w porządku albo czy przypadkiem gdzieś się nie wkradło powtórzenie. Znaki diakrytyczne? Muszą być wszystkie. Przecinki? Zawsze i wszędzie, gdzie jest taka potrzeba. Przypadkowe literówki? Koniec świata. Czasem wolę nie publikować nic, niż puścić w świat tekst, który nie przeszedł dokładnej redakcji i korekty. To silniejsze ode mnie.

Głupota, prawda?

Przecież każdego czasem dopada zmęczenie i roztargnienie, a drobna pomyłka wcale nie musi wynikać z niewiedzy. I nie powinna też wpływać na wartość, jaką niesie tekst. Dokładnie tak tłumaczę błędy innych. Dokładnie tak nie tłumaczę swoich błędów.

Pasja vs. profesjonalizm.

Mniej więcej 5 lat temu zaczęłam się uczyć grać na pianinie i chociaż nigdy nie dojdę do poziomu uczniów państwowych szkół muzycznych, moje umiejętności już są na całkiem niezłym poziomie. Wielokrotnie słyszałam, że powinnam coś nagrać na youtube. Do dzisiaj tego nie zrobiłam.

Powód jest prosty. Obecność kamery na statywie stojącym obok instrumentu stresuje mnie na tyle, że dłonie zaczynają mi się trząść, a nawet w dobrze wyćwiczonym utworze popełniam błędy. Głupie błędy. Nie trafię w odpowiedni dźwięk albo uderzę w klawisz zbyt mocno, albo i odwrotnie – uderzę zbyt lekko i nic nie będzie słychać. A skoro potrafię coś zagrać bezbłędnie, nie będę publikować czegoś niewystarczająco dobrego.

Poza tym chciałabym to zrobić w pełni profesjonalnie – z dobrą jakością dźwięku i wideo, z ciekawymi kadrami i ładnym montażem. A ponieważ nie mam takich możliwości i zdolności, nie robię nic. Wiem, że zrobione jest lepsze od doskonałego. Wiem, ale nadal nie potrafię tego zastosować do dzielenia się swoją pasją ze światem.

A jak było z blogiem?

Odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do opowiadania wciągających historii. Wymyślanie niesamowitych przygód, kreowanie fantastycznych postaci, alternatywnych zakończeń do przeczytanych powieści – to zawsze była moja bajka. Nie miałam problemów z budowaniem fabuły, operowaniem słowem, szukaniem synonimów i ciekawych zdań. W takim razie dlaczego odkładałam założenie bloga przez niekończące się miesiące i przyjaciele musieli mnie do tego przekonywać przez niezliczone tygodnie?

Nie przez nieśmiałość, nie przez brak potrzebnych umiejętności.

Przez perfekcjonizm.

Przecież jeśli mam się dzielić ze światem tym, co siedzi sobie cichutko w mojej głowie, nie mogę tego robić na brzydkiej stronie, która nie działa tak, jak powinna. Jeśli mam pokazać swoją twarz w social mediach, by zobaczyli ją znajomi i nieznajomi, zdjęcie nie może być „całkiem ok”.

Muszę spełniać oczekiwania innych, ale przede wszystkim – swoje własne.

Bullet journal.

Na początku lipca, po przeczytaniu kolejnego z rzędu tekstu Kasi z worqshop.pl, kupiłam błękitny notes z kartkami w kropki i czarny cienkopis. Niezbyt pewnie zaczęłam szkicować pierwsze tabelki i strony z rozkładem tygodnia – najpierw ołówkiem, później cienkopisem, celowo bez linijki.

Bullet journal pełni dla mnie funkcję kalendarza uszytego na miarę. Uwzględniam w nim to, czego potrzebuję najbardziej – widok miesiąca, widok tygodnia, listę rzeczy do zrobienia, 3 priorytety na dany okres. Jest tajnym centrum dowodzenia blogiem. Wykluczam to, co zawsze uważałam za bezsensowne – strony ze strefami czasowym, listą świąt, których nawet nie obchodzę i nieregularnymi czasownikami w 5 językach. Strony, które znajdziemy w większości kalendarzy dostępnych w księgarniach, a które dla większości z nas są bezużyteczne.

Jednocześnie bullet journal jest moją małą walką z perfekcjonizmem. Nie wszystkie linie są równe, czasem gdzieś się zdarzy błąd, a innym razem będę zmuszona przekreślić wydarzenie przeniesione z poniedziałku na piątek. Nic nie jest w nim idealne i to jest jego największa zaleta.

Nie wyrywam kartek, gdy coś wyjdzie brzydko, bo są numerowane. Nie przeżywam kryzysu egzystencjalnego, jeśli zapomnę coś zapisać i jest nierówno. W tym miejscu stawiam czoła swoim niedoskonałościom.


Pułapka doskonałości.

Nie odezwiemy się do obcokrajowca tak długo, jak długo nie opanujemy jego języka na poziomie C2 i nie pozbędziemy się twardego akcentu. Nie podzielimy się swoimi zdjęciami z wakacyjnych podróży, jeśli będą trochę źle wykadrowane, trochę nieostre, trochę źle oświetlone. Nie spróbujemy swoich sił w pracy marzeń, o ile wcześniej nie przeczytamy wszystkich dostępnych książek z tej dziedziny i nie opanujemy każdej wymaganej umiejętności.

Perfekcjonizm – koszmar XXI wieku, w którym mało co jest wystarczająco dobre. U jednych wymusza wstanie godzinę wcześniej i wysprzątanie pokoju na błysk, u innych powoduje dyskomfort, kiedy na biurku i w szafie panuje chaos, u mnie utrudnia dzielenie się tym, co tworzę, jeśli nie jest doskonałe pod każdym względem.

To wszystko ładnie prezentuje się tylko na zdjęciach.

Długo unikałam nazywania siebie perfekcjonistką, ponieważ ja „tylko” staram się dać z siebie wszystko. Potrafiłam wytłumaczyć swoje dążenie do wygórowanych ideałów na milion sposobów. Dziś pytam – po co, skoro rozwiązanie jest proste?

Pozwólmy sobie na błędy. Przecież to na nich się uczymy.